BIBLIOTEKA - była ostatnim miejscem jakie należało sprawdzić. W dzień, kiedy się do niej wybieraliśmy byłem na długim spacerze. Pojechałem wzdłuż Alei Grunwaldzkiej, do samego Sopotu. Ładnie odśnieżona ścieżka rowerowa, żadnych problemów po drodze. Wróciłem samochodem, dostałem się do niego nie podpierając się nogami - przecież są samochody przystosowane dla niepełnosprawnych. Wózek włożyła mi do samochodu dziewczyna. Wróciłem pod akademik, zaparkowałem i udaliśmy się całą grupą do biblioteki. W środku wszystko pięknie zorganizowane, winda, wiele przestrzeni, chociaż i tutaj stoliki były za niskie dla moich kolan. Między pułkami jeździłem dość swobodnie, ale nie sięgałem do góry, jakie szczęście, że dzisiejsza młodzież uniwersytecka tak licznie spędza czas w bibliotece - zawsze znalazł się ktoś chętny do pomocy. Na wspólnej pracy spędziliśmy kilka dobrych godzin w końcu przyszła pora na sprawdzenie bibliotecznej toalety. Na każdym piętrze była jedna, z tym, że na parterze, na którym byłem moja toaleta była zajęta przez kogoś pełnosprawnego. Irytujące, dla niego to żaden problem pójść do innej, dla mnie innych toalet w ogóle nie ma. Podobnie jest zresztą z windami. dla mnie schody nie istnieją. Pojechałem do windy do której w tym samym momencie wchodził niewidomy mężczyzna z psem przewodnikiem. Porozmawialiśmy chwilę, pozdrowiliśmy się serdecznie i oddaliliśmy się każdy w swoją stronę. To była jedyna osoba na mojej drodze, która potraktowała mnie zupełnie normalnie, serdecznie i miło. Wysiadłem z windy i skierowałem się do toalety. Była duża, przestrzenna, z uchwytami i lustrem na całą ścianę. Jestem w toalecie dla niepełnosprawnych osób, w toalecie dla mnie a w lustrze widzę tylko swoje czoło i brwi. Toaleta dla niepełnosprawnych, lustro dla pełnosprawnych, ot taki polski absurd. Podjeżdżam do uchwytu, opuszczam go na dół, dostawiam się możliwie najbliżej sedesu, zaciskam hamulce w wózku, podnoszę nogi do góry, żeby podświadomie się nie podeprzeć, dźwigam się do góry, siadam na oparciu wózka, przekładam ręce na uchwyty w ścianie, ostatni raz dźwigam się do góry i już. Po wszystkim czeka mnie ta sama operacja, tyle że w odwrotnej kolejności, i tyle. Jednak jest coś o czym warto wspomnieć i wyraźnie zaznaczyć a mianowicie zlew. Wielki, wysoko powieszony, z podpórkami na łokcie i przedłużoną wajchą od baterii.
Za każdym razem, kiedy przez ten cały czas byłem w toalecie, była to naprawdę wygodna nagroda za tą walkę z uchwytami. Możliwe, że to nie jest istotny fakt, ale myjąc ręce przy tym zlewie miałem wrażenie, jak rzadko spotykane, że ten zlew jest właśnie dla mnie, że ktoś pomyślał o mnie wieszając ten zlew właśnie na takiej wysokości, tak daleko od ściany i z tak przedłużonym uchwytem. Szkoda tylko, że we wszystkie pseudo-ułatwiające obiekty infrastruktury architekci nie włożyli tyle serca, czy rozumu.
Na tym skończył się mój eksperyment. Nie opisałem wszystkich miejsc, w których byłem: Macdonalda, bufetu, łazienek, pizzerii, sali gimnastycznych, auli wykładowych, sal ćwiczeniowych czy teatru. Nie dlatego, że są nie ważne, czy że nie spotkało mnie tam nic ciekawego, przykrego, czy motywującego. Często w tekście łączę kilka miejsc w jedno, ale wszystko po to, żeby wydobyć z nich ważne dla mnie wydarzenia i uczucia tym miejscom towarzyszące. Świat nie chce niepełnosprawnych, mam wrażenie, że się oni nie opłacają. Z drugiej strony mam nadzieję, że po prostu ludzie odpowiedzialni za ułatwienie niepełnosprawnym aktywnego funkcjonowania w społeczeństwie, mimo najszczerszych chęci, nie potrafią postawić się na ich miejscu. Po prostu przeszkadza im ich punkt widzenia, w końcu nie są niepełnosprawni. To kolejny argument, dla którego mam nadzieję, że mój tekst nie będzie tylko zwykłym zadaniem dziennikarskim, ale że uświadomi komuś istotnemu, mającemu wpływ, mogącemu coś zmienić, jak ważna jest empatia, minimum pomyślunku i zdrowa relacja z niepełnosprawnymi, którzy są przecież tak samo wartościowymi ludźmi jak my. Puentą dla nas wszystkich może być rozwinięcie mojego spotkania z niewidomym w bibliotece, w windzie, gdzie byliśmy skazani na swoje towarzystwo. On wpadł na mnie, nie spodziewał się że mnie spotka, ale zrobił to bardzo delikatnie. Był bardzo dobrze ubrany, miał krawat i marynarkę. Zawstydził mnie, bo dopiero teraz uświadomiłem sobie, że on właśnie w stu procentach realizuje to co ja staram się robić, ale co mi nie wychodzi od pięciu dni. Żyje normalnie, zachowuje się bardzo kulturalnie, ubiera się ładnie - chociaż sam nie może tego ocenić, w końcu jest niewidomy. Spotkałem niewidomego w bibliotece, a on jechał do czytelni. To było zupełnie niesamowite! Możliwe, że mam na oczach klapki i że nie potrafię spojrzeć na świat tak jak to sobie założyłem - w końcu ja tylko udaję. Udaję, ale robię to w dobrej wierze. Czas przestać się nad sobą użalać i zacząć działać. Iść do przodu nawet jeśli po pięciu dniach nie będzie można zejść ze swojego metaforycznego wózka, co ja, notabene uczyniłem z niesamowitą radością, ulgą i odpowiednią temu celebracją.
Neret