Projekt wózek - Uniwersytet

UNIWERSYTET rano - to ciekawe miejsce. Przed wejściem o 7.45 na zewnątrz stoi całe grono, stałe grono palaczy. "Ostatnia fajka przed zajęciami". Nie będę opowiadał, jak reagowali na mnie moi znajomi, który wiedzą, że jestem sprawny i zdrowy, ale ważne jest, żeby wiedzieli, że wszystko jest na poważnie i że nie mam na celu z nikogo się śmiać, nikogo obrazić ani zasmucić. Po krótkim wprowadzeniu mojej grupy w szczegóły projektu jedziemy windą na drugie piętro. Miejsca jest sporo, drzwi otwierają się odpowiednio długo, abym mógł wysiąść. Wjeżdżam przodem i wyjeżdżam przodem, bo winda ma dwie pary drzwi. Wózek plus jedna, dwie osoby mieszczą się spokojnie. Dopóki mam pod sobą kafelki, zjazdy i windy, czuję się niepokonany. Szerokie korytarze, drzwi otwarte na oścież, równa nawierzchnia. Wjeżdżam do sali, drzwi ktoś mi przytrzymał, ale nigdy ta sala nie wydała mi się taka mała. Podejście pierwsze - jedziemy środkiem na koniec sali, aby tam w przejściu między ławkami zająć miejsce. Za wąsko, wózek się nie mieści w przejściu. Inny pomysł to wynieść dwa krzesła i posadzić mnie w pierwszej ławce. Najpierw manewry wózkiem, potem wynoszenie ławki na środek sali, lecz ostatecznie ławka okazuje być się o kilka centymetrów za niska. Kolana nie mieszczą mi się pod blatem. Tak jakby tylko niscy mogli być niepełnosprawni. Kolegom zaczyna się powoli kończyć cierpliwość, więc siadam przy drzwiach oparty bokiem o pierwszą ławkę. Zajęcia przebiegają normalnie, trochę niewygodnie, ale bez problemów da się wytrzymać. Po zajęciach jedziemy na dół, na papierosa. Ubieranie się na siedząco, zajmuje trochę czasu, więc nikt na mnie nie czeka. Jadę na dwór, a cała ekipa stoi dwa schody niżej. Skręcam na zjazd, przepraszam ludzi po drodze, wyjeżdżam na ziemię i dołączam do znajomych. Ciężko im się ze mną rozmawia, w końcu siedzę i zajmuję dużo miejsca w kółku palących. Mimo wszystko oni jakoś mnie akceptuję, pewnie ze względu na to, że znają prawdę, jednak obcy mnie nie zauważają. Dla innych studentów, którzy widzą mnie teraz pierwszy raz w życiu nie istnieję. Unikają mnie wzrokiem i za każdym razem, kiedy się śmieję - szczerze śmieję na głos, kontem oka widzę, jak strasznie mi współczują i nie mogą zrozumieć, co mnie tak rozbawiło. Jak ja mogę się śmiać? Mój śmiech i radość wydają im się co najmniej nie na miejscu. Oni na moim miejscu na pewno by się nie śmiali. Kończymy papierosa, podjazd, przepraszanie, ktoś otwiera mi drzwi, puszczają mnie w przejściu, szatnia i już. Jestem gotowy. Wszystko zajmuje więcej czasu, ale na razie nic nie jest niemożliwe.

Archiwalne