Końcówka rozdziału I

Rut rzucił się w stronę gdzie ostatni raz słyszał matkę. Wiedział, że matka go potrzebuje, że chce od niego czegoś bardzo ważnego. Na pewno nie działo się jej nic złego, ale potrzebowała go. Biegł szybciej. Przedarł się przez ścianę gałęzi, uderzył się w głowę, lecz nie czuł bólu. Wyszedł na drugą stronę krzaków i stanął na polanie. Pięknej zielonej łące, z kwiatami i latającymi wszędzie motylami, zwiewnymi i delikatnymi. Maki, stokrotki i takie małe różowe kwiatki wyłożone były na zielonym tle niczym mozaika. Rut zatrzymał się na chwilę. Zapomniał o matce, nigdy nie widział czegoś podobnego. Wielkie koło trawy w samym środku sadu. Oaza spokoju, serce świata. Stał na skraju tajemnicy, jaką była dla niego ta łąka. Chciał przysiąść, odpocząć, ale nie mógł. Jego nogi jakby wrosły w ziemię. Spojrzał w górę, chmury nad jego głową przyspieszyły. Słońce zniżyło się zaszło, zapadła noc, po niej wschód słońca, dalej chmury, znów zachód, noc, dzień, wschód, zachód. Rut spojrzał na środek polany. Zauważył, że ziemia na samym środku koła zaczyna delikatnie pękać. Z pęknięcia powstało coś na kształt kretowiska, a z samego jego środka wyrosła malutka zielona łodyżka. Gałązka odrosła delikatnie od ziemi, wtem w innych miejscach polanki zaczęła pękać ziemia i z trawy równomiernie wyrosło kilka, lub kilkanaście zielonych, delikatnych gałązek. Gałązki rosły, stawały się coraz większe. Były małymi drzewkami. Motyle latały naokoło nich, ptaki siadały na ich nie okorowanych gałęziach. Jednak coś było nie tak. Rut poczuł obecność kogoś trzeciego. Nie widział go, ale wyraźnie czuł jego intencje. Drzewa i cała przyroda czuła je także. Drzewa, jak na komendę zaczęły owocować, na ich wątłych rękach pojawiły się jabłka, gałęzie się wyginały, krzywiły, jabłka spadały ale na ich miejsce pojawiały się nowe, cięższe. Ta wszechobecna emocja wymogła na całej naturze nienaturalny impet. Pień środkowego drzewa zaczął pulsować, jak gdyby pod jego świeżą korą tętniło serce i roznosiło żyłami krew. Konary twardniały, nabierały masy, lecz powyginane od ciężaru macierzyństwa wyglądały jak kończyny paralityka. Wszystkie drzewa na wzór tego pierwszego rosły, owocowały, wyginały się, dojrzewały. Wszystkie w chorym tempie, wszystkie tak samo. Niebo przybrało czarny kolor, spadł deszcz. Deszcz rozpaczy, który nie przynosi ochłody po upalnym dniu, lecz deszcz, który przynosi błoto. Motyle zniknęły, ptaki odleciały, a z pod centralnego drzewa zaczęła wylewać się tapla jasno brązowej mazi. Błoto zalewało rośliny, odbijało się od czarnych, powykręcanych korzeni i rozprzestrzeniało się dalej. Rut czuł w środku do czego to wszystko zmierza, wiedział też, ze nie jest jedyny. Widział niemalże wyrazy twarzy każdego z drzew, one też wiedziały jak to się skończy, nie wiedziały tylko kiedy. Drzewa nabierały masy, rosły  wszerz, kora zaczęła im pękać a z tych ran lała się błotnista maź. Błoto zassane przez korzenie, skażona krew zniszczenia, która wypełniała każde z nich. Zawył wiatr, uderzył z zachodu i powalił trzy z nich. Błoto natychmiast pochłonęło ścierwa. Kolejne krwawiące błotem konary przewracały się pod naporem zachodniej zawieruchy. Nie zdarzyły wykształcić silnych korzeni, nie są wytrzymałe a resztki ich kręgosłupa zżerało błoto w ich żyłach. Uderzył piorun, drugi, kolejny. Drzewa eksplodowały, płonęły, od nich zapalały się kolejne. W końcu piorun trafił i drzewo na środku. To rozszczepiło się na dwa, i zbroczyło wszystko swoim brązowym wnętrzem. Burza ustała, ale te drzewa, które dotychczas jeszcze żyły, zaczęły usychać aż w końcu umarły z głodu, udusiły się brakiem wolności. Spróchniały i rozpadły się w proch. Teraz Rut widział dokładnie. Dwadzieścia połamanych zgliszczy, dwadzieścia zwłok, resztek, fragmentów, organów. Został tylko plac. Plac Teatralny, na którym poległ cały rocznik 20.


Neret

Archiwalne