Głód. Ssący potwór w trzewiach człowieka właśnie zżerał jego kiszki. Trzeci atak był najgorszy. Nie tyle, że bolał najbardziej, do tego bólu można się trochę przyzwyczaić. Przy trzecim ataku głodu trzęsły się ręce, często pojawiała się gorączka. Gdyby żołądek nie wytrzymał, śmiertelny kwas przeżarłby go; człowieka z dziury czekałaby powolna śmierć w agonii. Tego nie chciał. Klęknął przed kałużą. Intensywnie myślał. To co chciał zrobić wymagało niezwykłego samozaparcia, lub desperacji a on był w desperacji. Nie wstając z kolan doczłapał się trzy kroki obok kamienia. Delikatnie dotykał swoich, zostawionych tam na zmarnowanie wydalin. Szukał najnowszych, najświeższych, najcieplejszych. Oderwał kawałek, obtoczył w piasku. Straszliwie się brzydził, miał gorączkę, płakał. Małą piaskową kulkę wsadził do ust. Podszedł do kałuży i połknął. Potem pił, pił szybko. Przeszył go lodowaty dreszcz. Zaczął się z centrum, dreszcz z żołądka. Nie był w stanie tego powstrzymać, zwymiotował. Zwymiotował zawartość żołądka, żółć, wszystko co pozwalało mu dotychczas żyć. Osunął się na ziemię. Zemdlał.
- Kochanie, koniec zabawy. Gdzie jesteś?
- Ostatni raz.
- Najpierw pomóż mamie z tym koszykiem jabłek. Wiesz, że mamusia nie może dźwigać.
- Mamo, po co nam tyle jabłek, skoro nikt ich nie je?
- Syneczku, nikt nie je jabłek, bo mamy pełną spiżarnie. Obyś nigdy nie musiał sięgać do tego koszyka, obyś nigdy nie musiał – powtórzyła wdowa Kon, odwróciła się od syna rozmasowała kark, po chwili się uspokoiła.
- Czy gdybyśmy mieli taki koszyk tatuś nie musiałby nigdzie odchodzić? – zapytał maluch?
Wdowa Kon uśmiechnęła się delikatnie. Pogłaskała synka i jedną ręką chwyciła za prowizoryczne ucho ciężkiego kosza. Chłopiec wtórował matce i wynieśli kosz z pola widzenia sąsiadów.
- A powiedz mi Rut, nie wiesz przypadkiem kto się wybiera za trzy dni na edukację? Jak ja się cieszę, że ty zostaniesz tutaj ze mną, będziesz mi pomagał w domu i nigdzie ode mnie nie pójdziesz.
- Mamo! Przestań, przecież ja idę za trzy dni na edukację.
- Ty? – nie przestawała się droczyć matka – a masz już swój kombinezon? W jakiej grupie będziesz się edukował?
Chłopiec milczał, wszyscy rówieśnicy znali swoje grupy, szli na edukację. Ostatnio, stojąc w kolejce po przydział białka słyszał jak jego koledzy rozmawiali o kombinezonach. Ten za duży, ten dziurawy, tamten znowu przetarty na kolanach. Dziurawy kombinezon to był prawdziwy prestiż. Im bardzie pokiereszowany był ubiór, tym więcej wyniósł z edukacji jego właściciel. Łaty na kolanach, przetarcia na łokciach. Marzenie każdego chłopca. Rut, zawstydził się. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie ma kombinezonu i nie zaczyna edukacji za trzy dni. Do końca życia będzie nosił kosze z jabłkami.
- Synku, nie martw się. Przecież nie każdy musi mieć swój kombinezon. Jeżeli zobaczą, że nie masz swojego dostaniesz przydział.
- Mamusiu, ja tak nie chcę. To by było najgorsze na świecie. Nowy kombinezon z przydziału, żółty. Mamo, proszę – chłopiec rozpłakał się.
- Poczekaj, postaram się coś na to zaradzić. Mam dla ciebie zadanie, ale dasz sobie z nim radę?
- Mamo – pochlipywał Rut – wszystko, ale pomóż mi.
- Hmm, po pierwsze, przestań płakać – chłopak pochlipywał jakby mniej – po drugie leć do domu i… - matka ściszyła głos, szeptała – i przynieś to co będzie pod moją matą. Tylko uważaj, bo to jest ściśle tajne.