Featured

Bezkarnie można egzystować, nie wiedząc co to bestiarium, dymorfizm płciowy czy hiperboloida. Te słowa brzmią mądrze, słysząc je mimowolnie przybieram pozę filozofa, drapię się po brodzie, pobudzając przy tym mieszki włosowe. Nie wszyscy znają znaczenia tych słów, bo przecież nie wszyscy muszą je znać. Jednak istnieje takie słowo, które zna chyba każdy człowiek na świecie i nawet nie wymaga ono tłumaczenia.

 

Tak, chodzi o smartfon. Nie mogłabym umieścić tego wyrazu w lidzie, bo ja osobiście, nie chciałabym już czytać tego tekstu. Irytuje mnie nadużywanie tego słowa, zarówno w reklamach, jak i w wywodach filozoficznych nauczycieli. Jednak coś zmusiło mnie do tego, by także wypowiedzieć się w tym temacie.

Nikt mi nie powie, że chociaż raz nie słyszał, iż młodzież jest uzależniona od tego rodzaju wynalazków techniki. Moim zdaniem uzależnienie w większości przypadków to stanowczo zbyt duże określenie. Najpierw zastanowiłabym się, co jest powodem korzystania z tego sprzętu, pochłaniającego czas i uwagę młodych (mówię o tej grupie ludzi, bo to zwykle ich tyczą się te uwagi).

Wyznam szczerze, że w ciągu dnia, telefon trzymam bardzo często w ręku. Rzeczywiście zgodnie z zarzutami wiele razy dziennie za jego pośrednictwem przeglądam portale typu facebook. Natomiast to nie jest główny powód goszczenia smartfonu w mojej dłoni. Zwykle ten popularny sprzęt służy mi do kontaktowania się z osobami, których nie mogę zobaczyć. Ktoś mógłby mi zarzucić, że starsze pokolenie mówi tak samo. Jednak w ciągu 60 minut ja sięgnę po komórkę 10 razy, a moja mama ewentualnie 1 raz. Jak to możliwe, skoro mamy ten sam cel użytkowania? Powód jest prosty, ja piszę, ona dzwoni.

Kiedy przebywamy w jednym pomieszczeniu po 30 minutach trafia ją szlag. Wypowiada hasło kultowej postaci internetu, Typowej Mamy, mianowicie: "z kim ty tam tak piszesz?" lub "co ty się tak uśmiechasz do tego telefonu?" albo "no ile można pisać?". Istnieje także ewentualnie trzecia opcja (w moim przypadku jest to kumulacja Typowej Mamy z Typowym Nauczycielem): "no, przeczytaj głośno, też chcę się pośmiać". Przy gorszym humorze usłyszę także, że skonfiskuje mi telefon. Przecież ja nie robię nic złego, mówię to z czystym sumieniem. Ja tylko konwersuję. Nie zaniedbuję obowiązków, oceny mam dobre, posprzątam nawet, pozmywam, zrobię to, co do mnie należy. W czasie rozmowy z nią nie korzystam z telefonu, znam granice. Mimo to kiedy słyszy dźwięk mojego smsa, jak sama twierdzi, dostaje choroby określonej epitetem: jasna, występującej głównie w Afryce i Azji. Jej nazwa zaczyna się na "ch". Za czasów młodości mamy nie było komputerów, nie było telefonów, a miała przyjaciół. Ja też spotykam się z moimi znajomymi i też w realu. Przyrzekam, że wtedy nie muszę używać smartfonu.

Wszystko ma swoje wady. Skype mimo kamerki nie zastąpi rozmowy twarzą w twarz. My to rozumiemy, ale czy zrozumie to następne pokolenie? Przecież każdy czyn ma swój elektroniczny odpowiednik. Zamiast buziaka w policzek wysyła się ":*". Zamiast przytulenia lub innego, nieopatrzonego komentarzem, pozytywnego gestu, wystarczy wysłać serduszko. Nie, żebym nie wierzyła w przyszłą generację, ale czy oni zrozumieją, że żadne esemesowe wyznanie nie jest piękne, dopóki nie słyszy się tego prosto do ucha.

Nie mogę zaprzeczyć, że elektronika jest zwykle obowiązkowym elementem wyposażenia typowego młodzieńca. Aczkolwiek nie nazwałabym tego uzależnieniem. Oczywiście w przypadkach, kiedy rzeczywiście chodzi o kontakt ze znajomymi lub o inne ważne i umotywowane sprawy. Wtedy można powiedzieć, że elektronika bardzo ułatwia życie. Wiadomo, że nic nie zastąpi realnego spotkania, ale czasem jest wyjściem z opresji braku czasu. Jestem zwolenniczką tych urządzeń, jeśli używa się je z rozsądkiem. Moim zdaniem przyłapane w użyciu w czasie lekcji powinny być konfiskowane.

Archiwalne