Choć ze sklepów nie zniknęły jeszcze choinki, nieożywione stwory mikołajopodobne i kilogramy sztucznego śniegu - Święta już za nami. Większość świątecznych akcji charytatywnych również dobiegła końca. "I Ty możesz pomóc", "Liczy się każdy grosz" to bardzo popularne hasła promujące dobroczynne zbiórki. Jednak kto z nas naprawdę wierzy w moc tego jednego grosza?
Jako wolontariuszka wzięłam udział w jednej z tych akcji. Zbiórka żywności, co może być w tym trudnego? Postoję dwie godzinki w sklepie, przecież to chwila, a mogę przyczynić się do czegoś dobrego. Z pozytywnym nastawieniem, założyłam żółtą, "wolontariuszkową" koszulkę i stanęłam przy wejściu jednego z tutejszych marketów. Moim niezwykle wyczerpującym zadaniem było rozdawanie ulotek, informowanie ludzi o akcji. Uśmiech, podaję ulotkę i zaproszenie do wzięcia udziału w zbiórce, nic więcej. Zapał, z którym przyszłam, wygasał stopniowo. Proces stygnięcia entuzjazmu rozpoczął się już po pierwszych 15 minutach. Dawno nie czułam się tak zażenowana. Powodem nie był kanarkowy kolor koszulki. Nie czułam się poniżona, bo przecież nie żebrałam. Ja tylko zachęcałam do kupna choć jednej czekolady dla tych biedniejszych. Mimo to przez zachowania ludzi zastanawiałam się, czy nie wyglądam przypadkiem na trędowatą albo nie chodzą po mnie pchły. Zdecydowana większość klientów marketu nie wczuła się w ducha pomocy innym. Tych ludzi można podzielić na grupy:
*Zupełnie niezainteresowani, ich charakterystyczny tekst to: nie, dziękuję - czyli kulturalna wersja: "nie chcę żadnych ulotek, zostaw mnie w spokoju" (chociaż ich mina wyrażała ten bardziej niemiły wariant).
*NKN, czyli Niewidzialni Klienci Ninja, których reprezentacyjne zachowanie to przechodzenie obok, bez odbioru bodźców zewnętrznych. Nie reagowali ani na dzień dobry, zapraszam do wzięcia udziału w zbiórce, ani nawet na samo dzień dobry. Zupełnie jakby wydawało im się, że jeśli się na mnie nie spojrzą, to ich nie zauważę.
Oraz reprezentanci Partii Totalnego Braku Kultury. Zachowanie tych bolało mnie najbardziej. Jeden z przedstawicieli owej grupy miał już gotowe przywitanie dla mnie. Gdy tylko fotokomórki zarejestrowały wejście pana z PTBK-u, a mechanizm rozsunął przed nim drzwi, od razu z dumnym, nieco pyszałkowatym uśmiechem, wykrzyknął w moją stronę: "O Jezus Maria, znowu coś zbierają, ja już mam wszystkie pieniądze wydane".
Byli też inni, trochę milsi:
*Ruch Zbieraczy Ulotek, z hasłem: "Nie chcę Cię słuchać wolontariuszko, ale wrzuć ulotkę do koszyka, tak dla świętego spokoju". Kiedy tylko podawałam ulotkę i informowałam o zbiórce, podawali mi swój koszyk. No tak, przecież to konkurs, kto zbierze najwięcej karteczek...
*Snajperzy - Potomkowie Zbieraczy. To bardzo ciekawa grupka. Wchodząc do sklepu, gdy namierzyli mnie już swym celownikiem, pewnym krokiem zmierzali ku koszykom, stojącym na przeciwko mnie. Chwytali za rączki i przekręcali dno w moją stronę, by subtelnie zademonstrować mi obecność ulotki. W paru przypadkach, kiedy nie zauważyłam karteczek w koszykach, chciałam wręczyć je przedstawicielom tejże gromady. Jednak z niebywale szczerym uśmiechem wskazywali na koszyk, mówiąc nieprawdopodobnie miłym głosem "ja już mam".
Nie prosiłam nikogo o nic, tylko informowałam o akcji. Doznałam wstydu i ogromnego smutku. W większości przypadków czułam, jakbym zbierała datki dla kogoś, kto skrzywdził całe miasto. Naprawdę mało kto uwierzył, że wystarczy kupić tę jedną, zwykłą czekoladę z okienkiem za 2,15zł.