Dzięki mękom maturzystów, my – pozostali uczniowie puckiego liceum, mogliśmy pałać się tygodniową wolnością. Niektórzy ten czas wykorzystali, by gdzieś wyjechać, priorytetem dla innych był upojny sen.
Ja poszłam za przykładem pierwszej grupy. Wyjazd weekendowy, choć niedługi, to czasu wystarczyło by na chwilę odpocząć. Z biletem Gdynia Główna – Poznań Główny wsiadłam do pociągu TLK. Po 260 minutowej podróży wysiadłam.
Skorzystałam z kilku ofert, podsuniętych mi przez miasto. Zorientowałam się także, że z wielu z nich mogę skorzystać także w miejscach znacznie bliższych mojej miejscowości, niż stolica Wielkopolski. Jako przykład stawiam wizytę w studyjnym Kinie "Muza".
Film, jaki miałam przyjemność obejrzeć, nosi tytuł: "Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu". Brzmi intrygująco, ale mnie średnio zachęcił. Szczerze mówiąc do wizyty w 160 osobowej sali kinowej zachęcił mnie bilet warty 10 polskich złotych.
Moim zdaniem, produkcja była warta dużo więcej. Film z gołębiem w tytule jest dziełem Roy'a Anderssona. Szwedzkie dzieło zdobyło Złotego Lwa podczas 71. festiwalu w Wenecji. Niezbyt często oglądam filmy. Jednak do tego stopnia groteskowej produkcji nie widziałam nigdy. Składa sie z wielu scenek, które w moim odczuciu, nie są ze sobą ściślej powiązane poza tematyką. "Gołąb..." do granic możliwości ukazuje ludzkie wady, słabości i podłości. Bez żadnych skrupułów przedstawia bezlitosny sposób tworzenia sztuki na cudzym cierpieniu. Szara rzeczywistość, której ludzie nie zmieniają z lenistwa, wpadanie ze skrajności w skrajność to także cechy, które wyśmiewa Andersson. Dodatkowo co chwila inny bohater "rozmawia" przez telefon. To znaczy... nie za dużo rozmawia, bo najczęściej wygłaszany dźwięk to "yhyyyym". Bonusem jest: "cieszę się, że u ciebie wszystko w porządku". Czy to nie życiowe? Kiedy na ekranie pojawiała się postać z telefonem, wszyscy widzowie od razu wybuchali śmiechem, bo znali tę kwestię i to nie tylko z poprzednich scen. Do znudzenia rozśmieszają główni bohaterowie, przewijający się przez 101 minut filmu. Są nimi Sam i Jonathan, dwaj sprzedawcy zabawek w stylu "worków śmiechu", którzy z grobowymi minami twierdza, że chcą dać ludziom trochę radości.
Filmu w życiu bym nie obejrzała w domu. Zachęcona tanim biletem i przystępną godziną seansu, zobaczyłam go. Jeśli chcecie obejrzeć coś śmiesznego, a jednocześnie refleksyjnego, szczerze polecam tę szwedzką produkcję. Cytując kultowe już słowa w naszej szkole, podróże kształcą. Nawet te krajowe.
Aragornica