Featured

Stan uczniów: 25 z 32 osób.

Stan nauczyciela: Taki jak zawsze - Mistrz w całej swej okazałości.

Ilość osób biorących udział w lekcji: 3-4 osoby. Norma.

Rok: 2012.

Zwykła, szara lekcja polskiego w sali numer 33, klasa maturalna o profilu humanistycznym.

Od początku:

Czwartek - godzina 9:45. Wchodzimy do klasy, niektórzy wymęczeni po dwóch językach angielskich, a niektórzy rozbudzeni. Siadamy w swoich ławkach. Mistrz zaczyna monolog. Sprawdza obecność, sprawdza czy stan klasy się zgadza. Spogląda na nasze w większości ponure twarze. Nienawidzi nas, ale z drugiej strony zależy mu na nas. Niby matura za 10 lat, ale co niektórzy zdadzą ją za jakieś 3, no góra 4 lata. Są też szanse na to, że dwie, trzy osoby podejdą do niej w tym roku, to ci dopiero niespodzianka! Zaczyna się lekcja. Omawiamy lekturę, 4 z kolei, no ale klasa maturalna z rozszerzonym polskim zobowiązuje. Wszyscy siedzą w ławkach, słuchają. Niektórzy z zaciekawieniem inni jakby z przymusu. Patrzę, a po swojej lewej stronie widzę wszystkie twarze. Jedna koleżanka śpi, druga się kręci. Kolega prowadzi zawziętą konwersację z drugim kolegą. Inna koleżanka zaś podziwia tzw. 'pejzaż za oknem' - jak zwykł mawiać nasz mistrz. I w tym wszystkim ja - wpatrująca się we wszystkich i co chwila nawiązująca kontakt wzrokowy z profesorem. Trwa monolog o granicach ludzkich i o człowieku porównywanego do robaka. Wszak wszystkich nas kiedyś te małe stworzenia zjedzą.

Mistrz znowu zaczyna prawić o maturze, a jakże! Zwłaszcza o niedopuszczeniu do niej, nas 'nieuków'. Nikt sobie z tego nic nie robi. Nagle olśnienie! Na czyjejś ławce słychać wyraźne wibracje telefonu. Poruszenie, każdy patrzy czy to on jest tym szczęściarzem i czy to właśnie jego telefon dał o sobie znać. Tą szczęściarą okazuję się ja! Tak, na chwilę mogę oderwać się od gadki o maturze. Na mojej twarzy pojawia się uśmiech, tak, tak słynne śmianie się do ławki. Odpisuję szybko, obserwując czy mistrz przypadkiem nie patrzy. W końcu wracam do życia. Psor zaczyna politykować - jedni rysują, drudzy śpią, inni gadają, jeszcze inni się śmieją, a 4-5 osób słucha i skrzętnie notuje. Nareszcie zaczyna się coś dziać - Mistrz wybiera jedną z uczennic do tablicy, w celu zapisania tematu. Zaczynamy rozmowę na ten temat, a raczej zaczyna się monolog. Po raz kolejny. Niektóre głowy podnoszą oczy na tzw. cyferblat. 5 minut do końca lekcji. Zaczyna się wieeeelkie odliczanie. Monolog zamienia się w dialog między mistrzem, a osobą z pierwszej ławki. Niektórzy są już spakowani i gotowi do wyjścia. Minuta do dzwonka. Większość spakowana. Dzwonek! Mistrz wstaje. Mówi ostatnie zdania, obiecuje, że odda nam przerwę. Niektóre osoby nie dowierzają i wychodzą. Ci, co zostają, tworzą krąg dookoła mistrza. Prawi, mówi o pracy domowej i w końcu upragniona chwila - PRZERWA, która z 10 minut przerodziła się w przerwę 6,5 minutową. Czas by iść do sklepu, łazienki, bądź by posiedzieć pod klasą.

Tak i warto przypomnieć napis z tabliczki z sali 33: Ile wniesiesz, tyle wyniesiesz. Ile wniosłam? Nic. Ile wyniosę - Więcej niż nic, bo jednak coś zapamiętałam.

Tak zwykła, szara lekcja polskiego. A jednak nie taka zwykła i nie taka szara. Z Mistrzem lekcje polskiego nigdy nie były nudne i nie były szare.

Archiwalne