Zaloguj

Zaloguj

    Pamiętaj mnie     Zarejestruj się  

2015 rok. Kwietniowy rześki wieczór.  Tępym wzrokiem omiatam ulice jednego z prowincjonalnych miast Mazowsza, do którego rzuciła mnie praca. Dawno nie widziałem niczego brzydszego (no może poza daewoo tico mojego sąsiada). Odpalam papierosa. Z każdym kolejnym "machem"  czuję w ustach smak dymu powoli spływającego do płuc,  a moje ciało przeszywa delikatna wręcz niemoralna rozkosz.  Fizycznie jestem tutaj, trując swój organizm, lecz tak naprawdę całą swoją świadomością przebywam zupełnie gdzie indziej, wracając myślami do czasów szkoły średniej...

Wstęp wyszedł mi trochę jak w taniej książce sensacyjnej, którą można kupić za równowartość puszki coli na jednym z nadmorskich straganów. W sumie cieszę się - nigdy nie uważałem, że wyniosłość to coś dobrego w tekście. Wracając jednak do wspomnień.

Czytając artykuły, spotkałem się z dwiema skrajnymi postawami. Jeden z autorów pisał o chęci powrotu do szkolnych ławek, aby jeszcze raz poczuć się jak uczeń. Neret natomiast przedstawił odmienne zdanie, twierdząc, iż ogólniak mimo ukształtowania osobowości dusił go swoimi zasadami, a powrót tam to ostatnie, czego obecnie chce. Rozumiem oba podejścia, oczywiście zakładając duże uproszczenie, bo nie wierzę, że kolega robiący karierę w telewizji (duży szacunek za dążenie do swoich celów) nie odczuwa chęci  powtórnego "skopania tyłków" chłopakom z klasy E podczas meczu piłki nożnej.

Porównując oba teksty, wychodzi na to, iż mam dosyć zrównoważone zdanie. O zgrozo! Nie przywykłem do stawania w centrum ze swoimi poglądami - zawsze wolałem być wyrazisty.  Wspominając okres  trzyletniego przygotowania do matury, doszedłem do wniosku, iż mimo że wspominam je bardzo pozytywnie i uważam, że wiele dzięki nim wyniosłem, nie dałbym rady wrócić do LO. Jestem już zupełnie innym człowiekiem. To trochę tak, jak z nostalgią wspominamy dzieciństwo, jednak nikt z nas nie umawia się z ziomkami na wspólne lepienie babek z piasku i zabawę w chowanego. Dlaczego nie dałbym rady? Pierwszą myślą przychodzącą mi do głowy jest fakt, iż nie chciałbym psuć wyidealizowanego wspomnienia szkoły, który mam w głowię. Boję się, iż mógłbym dojść do podobnych konkluzji co Neret, a to w pewnym stopniu zburzyłoby mój obraz świata. Kolejnym powodem jest to, iż musiałbym zrezygnować z wszystkiego, co otrzymałem od życia po opuszczeniu popularnego "Żeromskiego".  Myślę, że tak naprawdę teraz jestem szczęśliwy. Życie kilkukrotnie "dało mi po tyłku", za co jestem mu niezmiernie wdzięczny, jednak nie chciałbym popełniać tych błędów na nowo. Dzięki nim mam poczucie własnej wartości i kilka prostych zasad pomagających mi na kroczenie po tym łez padole.

Podsumowując moją przydługawą dygresję (miało być kilka zdań ), stwierdzam, iż piękno liceum tkwi w tym, że je ukończyliśmy, a jego spuścizna kształtuje nasze życiowe wybory. Tymczasem idę do sklepu po susz tytoniowy owinięty bibułką, gdyż przyzwyczaiłem swoje ciało do systematycznego łechtania go nikotyną.

Zapomniałbym! Mam dla was tylko jedną radę - nie zaczynajcie palić! Resztę błędów popełnijcie sami, traktując je jako życiową nauczkę.


0