"Trudności i cierpienia w życiu człowieka. Jak wiele jesteśmy w stanie dla nich znieść, by osiągnąć zamierzony cel? W swojej pracy odwołaj się do tekstów literackich." Tak brzmiałby temat rozprawki, który przyszedł mi do głowy w czasie zeszłopiątkowego wyzwania. To już chyba zboczenie maturalne, że zaczęłam myśleć, na jakie lektury bym się powołała. Przecież w ogóle nie o to chodziło.

Jakiś czas temu, postanowiłam wziąć udział w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej z Jastrzębiej Góry do Helu. Sama nie wiem czemu, ale ten pomysł naprawdę wzbudził we mnie zainteresowanie i chęć przeżycia czegoś nadzwyczajnego. Z dnia na dzień chciało mi się iść coraz bardziej. Już samo to jest niesamowite. Zwykle, kiedy mam świadomość, że "wisi nade mną" jakaś sytuacja wymagająca większego wysiłku (np. biegi przełajowe...) nie czuję żadnej ekscytacji. Wręcz przeciwnie, marzę, że kiedy obudzę się następnego dnia, okaże się, iż przespałam tak oczekiwane przeze mnie wydarzenie. Tym razem było zupełnie inaczej. Nie mogłam się doczekać. Mimo tego, że długość 49 kilometrów, brzmiała dla mnie przerażająco. Najdłuższy odcinek, jaki w życiu przeszłam w ciągu jednej doby, był równy połowie tego, na który zdecydowałam się iść w ciągu nocy.

No i nadszedł piątek. Wzięłam potrzebne rzeczy, ubrałam się ciepło i pojechałam do Jastrzębiej Góry. Tam najpierw odbyła się msza, po niej ruszyliśmy w drogę. Była godzina 19., na dworze panował już mrok. Ludzie z czołowymi latarkami, niczym górnicy, z pełnym zapałem podążali na plażę, by rozpocząć drogę wyznaczoną na przybrzeżną trasę. Było ich wtedy około 450, tak przynajmniej wynikało z ogłoszenia organizatorów. Byłam i ja, chociaż z początku nieco zagubiona. Już pierwszy odcinek wyjaśnił mi sens nazwy tego wydarzenia. Na całe ekstremum składało się wiele wątków. Pierwszym, jaki poznałam był fakt, że po plaży nie idzie się tak, jak na letnim spacerze. Pomimo tego, że temperatura była bliska 0 stopni, piasek jak na złość nie chciał przymarznąć. Pierwszy stacja była po 6,5 km, w Chłapowie. Od tej miejscowości, do początku Półwyspu, trasa wiodła przez miasto. Doceniłam jakim wytchnieniem dla nóg był twardy grunt pod nogami.

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Skończyła się też przyjemna trasa, wróciła plaża. Wtedy na poważnie zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze dam radę. Razem z chłopakiem bardzo chcieliśmy dojść do końca. Ale przecież to nie była nawet połowa trasy, a ja już czułam, że nie jest najlepiej. W Chałupach był nasz pierwszy dłuższy przystanek. Byłam szczęśliwa na widok głupiej, wolnej ławki. Jeśli ktoś powiedziałby mi, że doszedł do Chałup, a ja nie brałabym udziału w tej wyprawie, nie uznałabym tego za sukces. Teraz sama poznałam ten wysiłek. Po chwili odpoczynku, dało się odczuć zimno. Postanowiliśmy wstać i szliśmy dalej. Znowu ta plaża.

Odcinek od Chałup do Kuźnicy w rzeczywistości nie jest długi. To chyba jakieś 5km. Dłużyło się niesamowicie. Pamiętam, że mniej więcej w połowie drogi zobaczyłam wieżę kościelną. Pomyślałam, że już mało zostało, niedługo znów przerwa. Ale nic z tego, wieża ciągle była tak samo daleko. Przysięgam, ona nie przybliżała się nawet o metr. Było jednak coś, co motywowało do potęgi. Wystarczyło się odwrócić, by zobaczyć w ciemności dziesiątki przemieszczających się świateł. To było niesamowite. Zupełnie jakby nieśli światło, w każdym możliwym sensie. Dawali siłę, aby stać się jego cząstką.
Reguła milczenia, panująca w czasie drogi, była okazją do refleksji. Spuściłam głowę, patrząc na ślady ludzi, którzy szli przede mną. Przypomniałam sobie słowa, które usłyszałam jeszcze przed rozpoczęciem: "jeśli poczujecie ból, zmęczenie, zimno, to dobrze". No właśnie, przecież dlatego ta droga jest ekstremalna. Nie można iść na łatwiznę. Podbudowana, uniosłam głowę. Kościelna wieża była wciąż w tym samym miejscu...

W końcu Kuźnica. Miałam kryzys, naprawdę bardzo chciałam iść do Helu, ale czułam, że chyba zabraknie mi sił. Przeczytałam rozważania dziewiątej stacji. Kończyły się słowami: "Jezu, pomóż mi zaprzeć się siebie, by wygrać siebie". Przecież nie mogłam się teraz poddać. Odpoczęłam trochę i poszliśmy dalej. Przy wejściu na plażę, poczułam silny ból w stopie. Wiedziałam, że będzie mi towarzyszył następne 6 km. Trochę kulałam i gdyby nie to, że miałam obok swoją podporę, nie odważyłabym się iść dalej po ciemnej plaży. Do plecaka miałam doczepiony mały krzyżyk, taki jak do łańcuszka. Był to jednak najcięższy krzyż, jaki niosłam. Ten odcinek był dla mnie kulminacją trasy. Był ból i łzy. Ale przecież tak powinno być. Moje dolegliwości nie były nawet namiastką cierpień tego, którego ostatnią trasę wspominam, uczestnicząc w tym wydarzeniu. Te słowa miałam ciągle w głowie. Nie wiedziałam, że rzeczywiście można zaprzeć się siebie na tyle, by osiągnąć cel.

Nie doszłam do Helu, kresem była dla mnie Jastarnia. Jednak zrozumiałam, że nie trzeba przejść 49 kilometrów, by odprawić swoją Drogę Krzyżową. Bardzo możliwe, że przejście całej trasy wywołałoby u mnie samozachwyt, a ja zapomniałabym, o co tak naprawdę chodziło. Najważniejsze jest to, ile pracy wkłada się w to, by osiągnąć cel. Czasem nie trzeba wykonać całego zadania, by wiedzieć o co chodzi w jego wykonaniu. Zapomnienie o własnych słabościach, by poświęcić się dla swoich idei. Przecież w tym tkwi cały sens.


3
+3
Nie masz konta? Zarejestruj się

Zaloguj się na swoje konto