Trzy lata temu przyszłam do mojej nowej klasy, klasy rasowych humanistów. Z pełnym przekonaniem, że język polski to właśnie ten przedmiot, który uwielbiam. Czułam się szczęśliwa, kiedy przychodziłam posłuchać o epokach literackich, poczytać wiersze i zastanowić się nad ich interpretacją. Wiedziałam, że w mojej grupie są osoby, które nie przez przypadek trafiły na ten właśnie profil.
Od dłuższego czasu zastanawiałam się, czy warto być dobrym. Czy warto poświęcać się czemuś bez granic, starać się i ... w zamian nie oczekiwać nic. Nie wiem. Przecież rodzice zawsze powtarzali "dobro wraca". A ja z dnia na dzień utwierdzałam się w tym, że nie mają racji.
"Trudności i cierpienia w życiu człowieka. Jak wiele jesteśmy w stanie dla nich znieść, by osiągnąć zamierzony cel? W swojej pracy odwołaj się do tekstów literackich." Tak brzmiałby temat rozprawki, który przyszedł mi do głowy w czasie zeszłopiątkowego wyzwania. To już chyba zboczenie maturalne, że zaczęłam myśleć, na jakie lektury bym się powołała. Przecież w ogóle nie o to chodziło.
Nigdy nie sądziłam, że śmierć może być inspiracją do czegokolwiek, nigdy nie sądziłam, że choroba może być szansą. Nie wiedziałam tego do dziś. 28.03.2016r. - po ciężkiej walce z nowotworem umiera wspaniały człowiek - ks. Jan Kaczkowski.
Często się zastanawiam nad tym, do czego tak naprawdę warto dążyć w życiu. Odkładałam rzeczy, które powinnam zrobić dziś na jutro, pojutrze. Dieta? Od jutra. Sprawdzian za dwa dni? Mam czas dziś, ale zacznę jutro. Miałam zrobić coś jeszcze, ale co to było? Najwyżej zrobię to jutro. Jutro, jutro, jutro. Dlaczego nie dziś? Przecież jutro może być już za późno.
Od poniedziałku do piątku mój dzień wygląda właściwie tak samo. Wracam ze szkoły, jem obiad, ewentualnie chwilowa drzemka i zaczynam się uczyć. Zanim jednak przystąpię do tej czynności, o której nie może słuchać już żaden maturzysta, jeszcze jedna drobnostka. Włączenie telewizora.