Studia to wyzwanie dla każdego młodego człowieka ze świadectwem maturalnym w ręku. Kontynuowanie dalszej edukacji wiąże się z wieloma zmianami w życiu. Trzeba przede wszystkim wiedzieć, co się chce dalej robić, jaki kierunek wybrać, na jakiej uczelni. To problemy teoretyczne. Są też inne - bardziej praktyczne rzeczy, jak na przykład znalezienie mieszkania. Swoich własnych czterech kątów, w których będziesz mógł w ciszy i spokoju wypić piwko, ewentualnie poczytać i pouczyć się. Chyba wszyscy dobrze wiemy, że to wcale nie takie proste. Poszukiwania przyzwoitej stancji w Trójmieście śmiało można zaliczyć do dyscyplin olimpijskich. Musi być duże, fajne, niedrogie, blisko skmki (najlepiej w Sopocie na Monciaku - żeby blisko na imprezy było), hmm. Choć z drugiej strony może Przymorze?

No i sąsiedzi - muszą być niekonfliktowi, niesłyszący, niekrzyczący, niedzwoniący na policję w razie grubszych imprez. Oczywiście, każdy student marzy takiej o sytuacji, w jakiej znalazł się Will Smith w filmie „Jestem legendą”. Czyli- nie mieć ich wcale. Właściciele nie mają kontrolować, przychylnie patrzeć, gdy spóźnimy się z czynszem… etc.
Ja również stanąłem przed takim problemem. Na szczęście znalazłem świetną alternatywę- Akademik.

Jak powszechnie wiadomo, domy studenckie dzielą się na dwie grupy: sheratonopodobne i oldschoolowe. Te pierwsze charakteryzują się wysokim standardem (czytaj- łazienka i kuchnia w każdym pokoju, meble w stylu modernIkea, własne biurko, czysty dywan, światło zapalające się na klaśnięcie, pokojówka mówiąca w trzech językach, karty chipowe zamiast klucza do pokoju, dobrze zaopatrzony barek i łóżko wodne). Naprawdę nie wiem, jakim superbohaterem trzeba być, żeby taki apartament dostać. Chyba nawet nie chcę wiedzieć. Ogólnie nuda, poziom akademickiego klimatu w tych miejscach równy jest poziomowi gry naszej reprezentacji w hokeja, czyli coś pomiędzy „superśmieszny” a zero absolutne. Bardziej interesująca i absorbująca uwagę powinna być ta druga grupa.
Nie będę kłamał, że od razu pałałem tak pozytywną emocją do tego miejsca. Co więcej- przyznam, trzeba być zdrowym świrem, żeby tam zamieszkać. Na początku wszystko wydaje się być w jak najlepszym porządku. Uczelnia jest pięć minut luźnym, zaspanym krokiem od akademika, do pobliskiego sklepu można wybrać się w piżamie, w piwnicy mieści się klimatyczny klub studencki, w którym można wypić sobie niezobowiązującego browarka.
Bajka?
Niekoniecznie. Gdy pierwszy raz przybyłem do mojego pokoju o enigmatycznym numerze- 444, od korytarza przywitały mnie uśmiechnięte azjatyckie twarze, które ni w ząb nie potrafiły zrozumieć, że nie należy gotować ryżu dłużej niż 20 minut. Nie mówiąc już o plastikowych rączkach od patelni.
Smród, spalony ryż, otwarta łazienka- jedna na cały korytarz- praktycznie tak, jak w popularnym serialu z Ferdynandem w roli głównej.
W ubikacji czuję się jak w konfesjonale. Kabiny oddziela jedna drewniana płyta, czyli wszystko słychać, nie ważne jak cicho byś był. Druga refleksja, jaka naszła mnie przy pierwszym pobycie w tym miejscu jest taka, że studenci to w
70 procentach nieśmiali poeci. Mówię nieśmiali, ponieważ mam tu na myśli tworzenie poezji w cichym kącie, anonimowo. Piszą jakby do szuflady, ale przecież w szaletach nie ma szuflad! Jeśli chcesz choć przez chwilę poobcować z prawdziwą sztuką, przysiądź proszę w toalecie na trzecim piętrze. Wiersze wydrapane na białych drzwiach- i to nie jest sztuka współczesna?

Mój pokój to akwarium. Mały prostokąt wyposażony w dwa łóżka, szafy typu „późny Gierek”, krzesła (sztuk dwa), stół i miejsce na zachowanie podstawowych zasad higieny- umywalka- sztuk jeden. To chyba wszystko z takich przyziemnych rzeczy. Pomieszczenie to ma jednak jeszcze jedną bardzo ważną rzecz, której nie mogę postawić w jednym rzędzie z resztą mebli. To LODÓWKA- dar od władzy (trzeba zaznaczyć, że nie każdy pokój ma taki luksus). Wielkie szczęście porównywalne z narodzinami syna. Lodówka to miejsce sakralne w naszym mieszkaniu. Takie nasze tabernakulum. Dzięki niej możemy cieszyć się ze wspólnych posiłków, w naszych brzuchach nie budzi się obcy, który uaktywnia się na nudnych wykładach. To błogosławieństwo- uwierzcie mi.

Klimat niewątpliwie zachowany. Imprezy na korytarzach są wszechobecne. Z czasem można się przyzwyczaić… Mieszkanie w takim miejscu wbrew pozorom nie ogranicza człowieka. Czułem się tam jak na wiecznych koloniach. Podświadomie czekałem tylko na zieloną noc, która oznacza iż niedługo będę w moim prawdziwym domu. Wielki nieporządek i chore lenistwo, które nie pozwalało mi podnieść leżącej od paru dobrych dni brudnej koszuli, umyć naczyń ze środowego obiadu, czy uporządkować notatek, które i tak już są zalane kawą. Nieraz już razem z moim współlokatorem obaliliśmy mit dobrych krasnoludków, które w weekend, pod nieobecność gospodarzy sprzątają cały pokój na błysk…
W sumie mamy panie sprzątaczki, ale one porządkują tylko korytarze i łazienki. Tylko (ha, ha, ha)… Czasem wydaje mi się, że są przymuszane do tego, albo wykonują jakieś prace społeczne. Władają dość biegle łaciną i mają zdrowe struny głosowe. Kto by przypuszczał, że o 6 rano można tak głośno i tak brzydko mówić o studentach.

Nikogo nie zachęciłem do przeprowadzki- dobrze to wiem. Mieszkając w akademiku przez rok, będąc naocznym świadkiem i uczestnikiem tych wydarzeń zdążyłem pokochać to miejsce. Nawet nie zauważyłem, kiedy pokój na ulicy Polanki w Gdańsku wpisał się w moją prozę codzienności. Nauczyłem się tam żyć i co więcej- strasznie mi się podoba. Już nie wracam w każdy weekend do domu- a mogę. Zżyłem się z tymi paroma metrami kwadratowymi. Jeśli jesteś młodym studentem- nie wykluczaj możliwości zakwaterowania swojej wielce szanownej osoby w domu studenckim- to żadna ujma. Co więcej, świetna alternatywa do prawdziwego studiowania i poznania życia studenckiego od kuchni. Ogólno panujący chaos, korytarze łudząco podobne do szpitalnych, współlokatorzy, twoi rówieśnicy, wywodzący się z rozmaitych środowisk, tak różni, że aż ciekawi. To może się podobać. Używając języka fejsboga- Lubię to.

Mówią, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Zbigniew Herbert pisał o Domu jako sześcianie szczęścia. To wszystko prawda, ale przecież nikt nie powiedział, że nie można mieć dwóch domów. Dla mnie miejsce tego drugiego zajął w tym roku pokój numer 432.

P.S. Podobno kiedyś ktoś słyszał o tym, że w naszym akademiku znajduje się coś takiego, jak pokój cichej nauki. Podobno…

 

Neret


Nie masz konta? Zarejestruj się

Zaloguj się na swoje konto